Siema! Trochę Was
w tym tygodniu przytrzymałem ale miałem swoje powody. Kto śledzi mój funpage
wie, że na sobotę zaplanowałem lekki spacer w górach. Może nie do końca taki
lekki, bo chciałem zaliczyć najwyższą „górkę” w swoim życiu. Od przylotu do
Kanady sukcesywnie staram się podnosić sobie poprzeczkę i wychodzić na coraz to
wyższe szczyty. Myślę, że do 4000 m. dobije, a co później to zobaczymy. Fajne
jest to, że wchodząc nawet na 2200 m., można delektować się naprawdę świetnymi
widokami, ktorymi zresztą już was raczyłem. Ostatnio pracuje w miejscu z
którego nieźle widać góry. Dlatego też spodziewałem się zgoła odmiennego
krajobrazu niż dotychczas...
Każdy z was zapewne słyszał, że Kanada a w szególności jej zachodnie wybrzeże „słynie” z
długiej i mroźnej zimy. Dlatego o tej porze roku normalnym jest, że w górach
leży już troche świeżego śniegu. Często zdarza się również, że śnieg sypie w
samym Calgary ale odpukać u mnie na razie spokój.
Początek szlaku na Mount Temple znajduję się
przy Morain Lake, czyli jeziorka w Lake Louise. Już z samego parkingu, można
nacieszyć wzrok niesamowitym krajobrazem. Widać również górkę, na którą się
wybieraliśmy. Z racji tego, że pogoda nas tego dnia nie rozpieszczała (wiało,
sypało i było pochmurnie) sam szczyt nie był widoczny. No cóż w końcu to góry, a
tu pogoda bywa różna i nie zawsze raczy nas bezchmurnym niebem. Nie jest jednak
tak źle, bo dopiero drugi raz nie widziałem słońca, będąc w Górach Skalistych! W
związku ze zbliżającą się zimą, na samym początku szlaku znajdowała się
informacja nakazująca wspinaczkę w grupach minimum cztero osobowych, ponieważ
można było natrafić na „misie” Gryzli, które przygotowują się do zimowego snu. Nas
na szczęście było czworo Ja, rodzyna, rich kanedien boy czyli mrówa i rożmen,
więc bez przeszkód ruszyliśmy zdobyć nasz szczyt. Jako że na początku idzie
się w lesie, który zatrzymuje wiatr wydaje się nawet ciepło. Jednak gdy
człowiek pokona już linię drzew i znajdzie się na otwartej przestrzeni
„zefirek” daje mocno się we znaki. My jak to na „alpinistów” przystało byliśmy
jednak przygotowani na taką kolej rzeczy. W zasadzie od połowy trasy zaczyna
się mocniejsze podejście. Dodatkowo tego dnia zalegający śnieg i mocne
podmuchy utrudniały nieco wspinaczkę. Idąc w takich warunkach ciężko o lepszy
trening na nogi!
Jeżeli ktoś z was
wstydził się kiedyś nieodpowiedniego ubioru w górach, podniósłby się
na duchu widząc jaką fantazją w doborze ubrania na wspinaczkę mogą pochwalić
się Azjaci. Gdy na szlaku zalega śnieg i robi się trochę zimniej palczaste
gumowe buty czy szmacianki, nie mówiąc już o krótkich spodenkach nie są zbyt
odpowiednim ubiorem.. no ale jak to mówią „co kraj to obyczaj”.
Wracając do
naszego „spaceru”. Około 500 metrów przed szczytem podejście zrobiło się naprawdę
strome, z tego też powodu większość grup w tym miejscu zawracała. My oczywiście
poszliśmy dalej! Widoki lux jak się podniesie głowę, bo przez większość czasu wzrok
jest opuszczony, szukający gdzieś tlenu, wpatrzony w śnieg i kamienie, które
znajdują się pod nogami. Poza tym zrobiło się dosyć ślisko i trzeba było
patrzeć gdzie się stawia nogę. Dlatego też w kilku miejscach trochę skakała
adrenalina, dodając lekkiej dramaturgii naszej wspinaczce. Idąc tak po tym
śniegu, kamieniach, w silnym wietrze w końcu dotarliśmy na szczyt! Widok...
prawie zerowy bo znajdowaliśmy się w chmurach. Miałem przez chwilę nadzieję, że
jak wyskrobiemy na górę znajdziemy się ponad chmurami ale na to będę musiał
jeszcze trochę poczekać.
Wracając okazało
się, że w jednym miejscu gdy podchodziliśmy szlak się rozgałęział i
nieświadomie wybraliśmy tą trudniejszą ścieżkę.. no ale co to dla takich PRO
chłopaków jak my! Około godziny siedemnastej cali i zdrowi (w sumie nie do końca
cali, bo rożmen skaleczył się w palca ale w przypływie adrenaliny nawet tego
nie poczuł) wróciliśmy do samochodu.
Nie zabrakło oczywiście też dramatycznych momentów! Brak rękawiczek zmusił mnie do założenia.. skarpetek na dłonie.. Można to dostrzec na zdjęciu po prawej. Powiem wam, że było mi nawet ciepło w tych skarpeto-rękawiczkach.
Nie zabrakło oczywiście też dramatycznych momentów! Brak rękawiczek zmusił mnie do założenia.. skarpetek na dłonie.. Można to dostrzec na zdjęciu po prawej. Powiem wam, że było mi nawet ciepło w tych skarpeto-rękawiczkach.
Tak właśnie mniej
więcej wyglądała moja wolna sobota. Oczywiście wieczorkiem nie omieszkaliśmy
podskoczyć do Crafta na delikatną obczajkę i dwa piwka. Dodam jeszcze, że
dostałem informacje o rychłym otwarciu Sunshine (ośrodek narciarski), także
możliwe że już za miesiąc uderzymy na pierwsze narty! I jak tu nie kochać tej
Kanady!
Pozdrawiam wszystkich i zachęcam do aktywnego spędzania wolnego czasu. Walczcie z leniem bo aktywnie równa się pozytywnie a o to właśnie chodzi, żeby banan nie znikał z naszej twarzy! Strzała!!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz